Wielu z nas zna to dobrze — przekraczasz próg ośrodka kultury i od razu czujesz, że jesteś w dobrym miejscu. Jak w odwiedzinach u znajomych albo rodziny. Albo odwrotnie: idziesz korytarzem, mijasz zamknięte drzwi biur. Czasami jest tam recepcja, za którą już raczej nie przejdziesz. Cisza, sterylne przestrzenie, puste — bez ludzi, rozmów, dźwięków i tej kulturowej energii. Czy to urząd kultury?

Dużo podróżuję po Polsce. Zawsze gdy jestem w jakiejś miejscowości, staram się odwiedzić lokalny ośrodek kultury. Czasami znam w nim kogoś, rzadziej — choć i tak się zdarza — to ja jestem rozpoznawalny przez osoby, z którymi wcześniej nie miałem okazji poznać się osobiście.

Podczas tych licznych odwiedzin zaobserwowałem dwa różne modele instytucji, które różni atmosfera i podejście do współpracy ze społecznością. Czemu o tym piszę? Zmotywowało mnie do tego niedawne spotkanie z dawno niewidzianym działaczem kulturalnym, który współpracował z ośrodkiem kultury, w którym ja pracowałem. Powiedział: „A tam do was to się wpadało jak do rodziny, zawsze można było pogadać, wypić kawę, spędzić miło czas. Chciało się was odwiedzać.”

Rzeczywiście — są takie miejsca, gdzie tak właśnie jest. Są też niestety takie, gdzie tak nie ma.

Jak w domu…

W instytucjach, gdzie pracownicy i kadra czują ducha społecznej instytucji, często samoistnie tworzy się tzw. trzecie miejsce. Lokalni działacze społeczni i kulturalni, młodzież, artyści, seniorzy — przychodzą porozmawiać, przedstawiają swoje pomysły, albo po prostu pobyć w ośrodku kultury. Często w tych miejscach panuje domowa atmosfera. Można znaleźć na półkach i ścianach wiele pamiątek z życia instytucji — tych bardziej oficjalnych i tych zupełnie nieformalnych: zdjęcia, dyplomy, statuetki. Nawet jeśli to Twój pierwszy raz w takim miejscu, bez oporów możesz usiąść na kanapie, porozmawiać z kimś z pracowników, zamienić parę zdań albo po prostu nic nie robić i być. Nikt nie pyta tam Ciebie „po co przyszedłeś?”, tylko „w czym możemy pomóc?”.

Miejsca takie zdarzają się zarówno w małych miejscowościach, jak i wielkich miastach. W takich ośrodkach nie chodzi tylko o estetykę czy otwartość przestrzeni. Chodzi przede wszystkim o relacje. Pracownicy znają ludzi, którzy tu przychodzą — i to nie tylko z nazwiska. Potrafią rozpoznać potrzeby i potencjały, podpowiedzieć, zaprosić do udziału. Nie trzeba być „kimś”, żeby czuć się mile widzianym.

Jak w urzędzie…

Są też instytucje, które — może nawet nieświadomie — stawiają mur między sobą a uczestnikami. Wchodzisz, idziesz korytarzem, mijasz zamknięte drzwi biur. Cisza na korytarzach, czasem echo kroków kogoś z pracowników. Wnętrza są sterylne, bez zbędnych elementów. Nawet jeśli w przestrzeniach wspólnych są kanapy, to raczej przypominają ekspozycję ze sklepu meblowego — bo i tak nikt nigdy na nich nie siedzi. I choć pracownicy są pomocni, to jednak rozmowy bywają skrótowe i formalne. W takich ośrodkach częściej spotkasz „wyselekcjonowanych” — artystów, działaczy społecznych, którzy są z instytucją związani od lat lub personalnie, przez znajomość lub pokrewieństwo z dyrekcją czy pracownikami. Czujesz, że panuje tu model podawczy: przyjdź na wydarzenie, które dla ciebie przygotujemy, a potem wróć do siebie. Miejsca takie często tętnią życiem — i to bardzo intensywnie — tylko w trakcie wydarzeń: koncertów, wernisaży, spektakli. Przez resztę czasu spotkasz tam głównie kadrę.

Dlaczego to tak działa?

Często sądzi się, że to, czy ośrodek kultury jest bliżej społeczeństwa, czy tzw. świątynią sztuki, zależy od wielkości miejscowości. Nic bardziej mylnego. Są w dużych miastach instytucje otwarte, realizujące szereg działań ze społecznością lokalną, i są w małych gminach miejsca, gdzie — poza wydarzeniami — nikt z mieszkańców do instytucji nie zagląda. Dlaczego tak się dzieje? Myślę, że nie będzie to odkrywcze — kluczowa jest kultura organizacyjna ośrodka. Postawa dyrekcji i pracowników: czy widzą uczestnika jako partnera do współtworzenia, czy jako klienta, petenta do obsługi, a czasami nawet wroga, który zabiera czas albo — w ich odczuciu — jest konkurencją. Nie chcę demonizować instytucji „urzędowych” — wiele z nich działa poprawnie, i czasem wręcz jest to ich zaletą. Ale jeśli mówimy o kulturze jako czymś wspólnym, społecznym i twórczym — bliskość, otwartość i autentyczne relacje są chyba lepszą drogą w codziennej pracy. W ostatecznym rachunku to właśnie klimat, a nie lokalizacja, sterylność czy gabaryt obiektu, decyduje o tym, czy do ośrodka kultury przychodzisz jak do domu — czy jak do urzędu. A większość ludzi raczej woli czuć się jak w domu, nie jak w urzędzie.

Ja, kiedy idę do ośrodka kultury, nie chcę być petentem. Chcę być gościem — a może nawet współtwórcą tych przestrzeni i relacji. Chcę wiedzieć, że to miejsce jest także dla mnie. Że mogę wejść, porozmawiać, coś zaproponować — i nie muszę wcześniej mieć oficjalnego zaproszenia czy nośnego w danej społeczności nazwiska.

Zachęcam Was do odwiedzenia strony Społeczny Dom Kultury. Znajdziecie tam idee i efekty pracy Kolektywu, który działa na rzecz upowszechniania tego modelu działania instytucji kultury.

fot. Lada w Miejskim Ośrodku Animacji Kultury w Wasilkowie (społeczna instytucja otwarta na mieszkańców)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *