Dom kultury zazwyczaj kojarzył się z miejscem otwartym, wspierającym lokalną społeczność, w którym każdy – niezależnie od wieku czy zasobności portfela – mógł spróbować swoich sił. Idea była prosta: kultura ma być dla wszystkich. Tylko czy w czasach rosnących cen wszystkiego i cięć w budżetach instytucji kultury rzeczywiście tak jest?

Komercyjny czy społeczny?

Dziś obserwuję dwa modele funkcjonowania ośrodków kultury. Pierwszy z nich to podejście komercyjne – takie, w którym instytucja ma się „zerować”, a najlepiej jeszcze zarabiać. Zajęcia muszą przynosić zysk. W takim układzie dom kultury coraz bardziej przypomina prywatną szkołę tańca, studio jogi czy salę fitness.

Drugi model to podejście społeczne – takie, w którym skoro dom kultury jest finansowany z publicznych pieniędzy, to powinien dawać mieszkańcom dostęp do edukacji artystycznej w cenach niższych niż na rynku komercyjnym. Bo skoro instytucja jest dotowana z budżetu, to może sobie pozwolić na dopłatę do zajęć i utrzymanie niższych cen. Czy to niegospodarnośc? Zysk społeczny takiego podejścia jest trudny do oszacowania, ale z pewnością stanowi inwestycję w rozwój lokalnej społeczności.

Dlaczego jest jak jest?

Problem w tym, że w praktyce coraz częściej domy kultury są rozliczane nie z celów statutowych, ale wyłącznie z wyników finansowych. Dyrektorzy muszą wykazać się rentownością zajęć i odpowiednią liczbą uczestników. Jeśli grupa jest mała – „nieopłacalna” – często po prostu się ją zamyka. Nie ma znaczenia, że to lokalnie jedyna możliwość, by spróbować gry na gitarze albo nauczyć się rysować. Do tego dochodzi kwestia kosztów. Największy udział w cenie zajęć ma zwykle instruktor – osoba z kwalifikacjami, często dojeżdżająca z większego miasta. A że dojazd kosztuje, to i stawka wynagrodzenia się zwiększa. Paradoks polega na tym, że im dalej od dużych ośrodków, tym koszt organizacji zajęć rośnie. W efekcie w małej miejscowości ceny zajęć potrafią być wyższe niż w centrum Warszawy czy w słynnym Wilanowie.

Gdy publiczne staje się elitarne

Zdarza się, że w małych miejscowościach edukacja artystyczna, która miała uzupełniać edukację szkolną, staje się dobrem luksusowym. Zamiast otwartego miejsca spotkań i rozwoju, dom kultury zaczyna przypominać klub dla lepiej sytuowanych. Publiczna instytucja – utrzymywana przecież z podatków wszystkich mieszkańców – staje się niedostępna dla części obywateli. To zjawisko prowadzi do cichej polaryzacji: ci, których stać, korzystają z oferty – rozwijają się i uczestniczą w kulturze. Ci słabiej sytuowani zostają z boku, często całkowicie pozbawieni dostępu do edukacji artystycznej.

Moim zdaniem ceny zajęć w domach kultury powinny być niższe niż na rynku komercyjnym – i to nie tylko z powodów ideowych. To logiczne i sprawiedliwe, skoro ośrodki są dotowane z budżetu, czyli z podatków, które z założenia płacimy wszyscy. Publiczna instytucja ma obowiązek zapewniać równy dostęp do kultury i edukacji artystycznej. Jeśli dom kultury ma wyłącznie zarabiać, należałoby zamknąć ośrodki kultury i pozostawić edukację artystyczną w rękach podmiotów komercyjnych. Nie każda działalność kulturalna musi przynosić zysk. Czasem bardziej się opłaca utrzymanie małej grupy, która spotyka się z pasji i potrzeby kontaktu, niż kolejna pełna sala generująca dochód.

Dom kultury nie powinien być firmą. Powinien być przestrzenią spotkania – egalitarną, otwartą, wspierającą. Jeśli pozwolimy, by o jego ofercie decydowały tylko słupki w Excelu, to prędzej czy później zaczniemy tracić coś znacznie ważniejszego niż pieniądze – zaczniemy tracić lokalną wspólnotę i zaprzepaścimy szanse na rozwój wielu talentów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *