Instytucje kultury często padają ofiarą lub są zakładnikami przepychanek ze strony różnych grup społecznych czy osób – co zupełnie nie powinno ich dotyczyć. Niestety, w takiej rzeczywistości działa niejeden dom kultury.

Kto decyduje o programie?

W teorii instytucje kultury są samodzielnymi jednostkami, za której programy odpowiadają ich dyrektorzy. Przed rozpoczęciem pracy kandydat na dyrektora podpisuje umowę z organizatorem zawierającą założenia programowe. W przeciągu 7 dni od powołania dyrektora powinien taki program zostać ogłoszony w Biuletynie Informacji Publicznej oraz na stronie ośrodka. Od tej pory organizator pełni rolę kontrolującą, zaś dyrektor ma realizować swój autorski program. W praktyce najczęściej bywa inaczej. Dyrektorzy choć nie formalnie są podwładnymi prezydentów, burmistrzów i wójtów. Wykonują ich polecenia lub muszą się bardzo liczyć z ich sugestiami dotyczącymi kształtu działalności. W niektórych ośrodkach kultury można spotkać rady programowe – ciała doradcze dyrektora. Taka rada może być nieocenionym wsparciem w budowaniu programu, choć może też stwarzać trudności. Jak zwykle wszystko zależy od ludzi i okoliczności. Czasami pewne grupy, które zazwyczaj nie są aktywne w kulturze, chcą na kulturę i jej kształt mieć wpływ.

Niezgoda społeczna na działania

Nie są niczym nowym sprzeciwy wobec treści, które proponują instytucje kultury. Co jakiś czas media donoszą o protestach wokół spektakli (Golgota Picnic 2014), projekcji filmów (Kler 2018) czy wystaw (Stach 2020). Często też wydarzenia nie dochodzą do skutku w związku z naciskami różnych środowisk lub poprawności politycznej (Cricoteka 2021). Głośnym echem odbijają się takie protesty, w niektórych przypadkach robiąc promocję wydarzeniom lub artystom. Gorzej jest w małych instytucjach lokalnych, gdzie środowisko i jego problemy zamykają się w granicach gminy.

Kto tak naprawdę jest ofiarą

Aktualnie w jednej z podlaskich miejscowości toczy się spór o organizację wydarzenia Holy Festiwal – Święto Kolorów. Podczas festynu sąsiedzkiego jednym z punktów programu miało być właśnie wcześniej wspomniane wydarzenie. Miejscowe wspólnoty parafialne nie zgadzały się na organizację imprezy i ją oprotestowały. W związku z tym, dom kultury postanowił zdjąć ten punkt z programu pikniku. Po tej decyzji rozpoczęła się wokół instytucji burza medialna. Tym razem dom kultury zaczął odczuwać nacisk ze strony zwolenników wydarzenia i osób, którym nie podoba się działanie wspólnot parafialnych. Głównym przegranym w tej sytuacji jest lokalny dom kultury, stał się on zakładnikiem sporu, który z działalnością kulturalną tak naprawdę nie ma nic wspólnego.

Szukanie dziury w całym

Dobrze rozumiem sytuację dyrektorki tego domu kultury. Kilka lat temu miałem podobne przejścia ze sprawą, w której instytucja przeze mnie kierowana nie była nawet stroną. Wspólnoty zażądały ode mnie jako dyrektora aby usunąć pomnik Światowida (wówczas będący atrakcją turystyczną gminy Choroszcz). Na nic się zdawały tłumaczenia, że to atrakcja turystyczna, a nie miejsce kultu. Ponadto jako instytucja nie mieliśmy tytułu prawnego do tej rzeźby. Bardzo dużo nerwów mnie to kosztowało, szczególnie rozmowy prowadzone z przedstawicielami wspólnot, do których moje argumenty nie docierały. W związku z powyższym podczas sesji Rady Miejskiej jeden z Radnych zgłosił do Burmistrza Choroszczy prośbę o zajęcie się tą sprawą i usunięcie pomnika (którego zresztą już tam nie było, bo ktoś go ukradł). Wystąpienie radnego, które zbiegło się ze zniknięciem rzeźby sprawiły, że zamieszano w spór choroszczański magistrat, który też nie był stroną. Przez Choroszcz wówczas przetoczyły się ogólnopolskie protesty wspólnot rodzimowierczych oraz wspólnot chrześcijańskich. Finalnie Światowida nie odnaleziono. Jeden z mieszkańców gminy przeznaczył teren na postawienie nowej rzeźby. Dzięki temu w gminie Choroszcz mamy miejsce kultu, gdzie odbywają się obrzędy słowiańskie i przyjeżdżają ludzie z całej Polski. Gmina Choroszcz stała się ważnym punktem na mapie słowiańskich miejsc kultu.

Dużym łatwiej

Podczas nacisków i protestów społecznych odnośnie treści, jakie mają być prezentowane, łatwiej jest dużym instytucjom i ich dyrektorom, którzy niejednokrotnie są osobami znanymi. Środowisko, media, związki, partie polityczne angażują się w dyskusję społeczną wokół przedsięwzięcia. Prościej im stawać przy swoim, widząc że duża część społeczeństwa popiera ich działania, a nie tylko się im sprzeciwia. Zazwyczaj tym osobom szybciej udaje się znaleźć nową pracę czy przeprowadzić się do nowego miejsca. Inaczej to wygląda w małych środowiskach, gdzie dyrektor jest mieszkańcem społeczności, a organizator wywiera na niego wpływ. Opinia społeczeństwa lokalnego to głos potencjalnych wyborców. Ponadto w takiej małej społeczności często piętnuje się dyrektora instytucji, jeżeli prowadzi działania, które mogą się nie wszystkim podobać. Nie każdy ma charakter, żeby iść na przekór zwłaszcza na swoim małym podwórku. Takie działania mogą skutkować wilczym biletem w takim miejscu. Nie jest odkryciem, że im mniejsza gmina, tym większy wpływ władz świeckich i religijnych na wiele aspektów życia. Skutkiem tego jest to, że czasami instytucje wycofują się z działań pod naciskiem lokalnych grup lub na żądanie organizatora. Czy to dobrze? Moim zdaniem nie. W pełni rozumiem osoby, które postawione przed takimi wyborami ugięły się pod presją. One i ich rodziny tam zostaną i będą musiały funkcjonować.

Domy kultury mają bardzo trudną pozycję szczególnie w małych miejscowościach. Często są postrzegane jako instytucje do organizacji dożynek i uroczystości. W zderzeniu z roszczeniową postawą mieszkańców zazwyczaj są na przegranej pozycji. Stąd też padają ofiarą nacisków, które obiektywnie rzecz biorąc często nie są uzasadnione. Wiele pracy czeka środowisko ludzi kultury, by to zmienić. Razem możemy więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *